poniedziałek, 14 grudnia 2009

Podsumowanie roku 2009


Spadł śnieg, a to jest znak, że zbliża się koniec roku. Chcąc nie chcąc okres ten wiąże się z różnego rodzaju podsumowaniami, rekapitulacjami, rankingami. To samo znajdziecie również u tutaj, ale z drobnymi zmianami. Oczywiście mam swoich faworytów do miana płyty, koncertu roku, ale chciałbym, żebyście Wy, Czytelnicy, również wzięli udział w zabawie jaką jest owe podsumowanie. Dlatego na samej górze zamieszczam 3 ankiety. Wybierać możecie zagraniczną płytę roku, polską płytę roku i koncert roku. Informacje w tejże ankiecie będę zbierał do 30 grudnia do godziny 12. Z zebranych danych przygotuję Wasz ranking i opublikuję go na blogu zaraz obok własnego podsumowania. Jeszcze parę słów o zasadach. Pierwsze 5 okienek w każdej ankiecie to moje propozycje, jednak zostawiam jedno pole puste. W to pole każdy może wpisać swoją propozycję. Każda osoba może oddać po jednym głosie w każdej kategorii. Miłej zabawy ;)

Ps. Głosy będące ewidentnymi żartami z miejsca odpadają!

niedziela, 13 grudnia 2009

Grabek - Dobra Karma 12.12.09

Moje pierwsze spotkanie z Grabkiem było dość przypadkowe, a wyszedłem z niego zachwycony. Tym razem na koncert wybierałem się z pewnymi oczekiwaniami. Czy zostały one spełnione?

Lokalizacja:
Dobra Karma. Dawno nie miałem okazji tam zajrzeć. Ostatni raz odwiedziłem ten lokal podczas koncertu... Grabka, ponad pół roku temu. Wiele się w tym czasie zmieniło. Orientalne wnętrze, zamiast ogródka coś jakby namiot. Bardzo mi się spodobało. Choć są pewne mankamenty tegoż rozwiązania. Mimo ogrzewania pizgało niemiłosiernie... Szkoda, bo z chęcią bym tam wpadał częściej. W środku klub wielkością nie powala więc na dobrą sprawę większość gości jest zmuszona do siedzenia w owym namiocie.

Tym razem nie wspomnę nic o okolicznościach przybycia do Dobrej Karmy, ale wiem, że w komentarzach moja osoba zostanie brutalnie zaatakowana w związku z tą kwestią. Czemu? Sprawdźcie później ;)

Sam koncert Grabka zaczął się kilka minut po 21. Pierwszy kawałek udało mi się przegapić, bo kończyłem papierosa. Później jednak zameldowałem się pod sceną i poczułem rozczarowanie. Nie było wizualizacji, które przy poprzednim występie Wojtka zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Mówi się trudno. W końcu nie one są najważniejsze, na koncert przyszedłem głównie dla muzyki. A ta była cudowna. Wielu artystów potrafi w jakiś sposób zahipnotyzować słuchaczy, ale to co wczoraj zrobił Grabek było niesamowite. Od początku do końca stałem bez ruchu, wpadłem w trans, z którego nic nie było w stania mnie wyrwać. Nawet gadanie ludzi przechodzących co chwilę obok mnie, chociaż muszę przyznać, że mocno mnie irytowało. Bo po jaką cholerę stawali i zamiast słuchać gadali?
A co pokazał Wojtek? Mieszankę utworów z EPki mono3some i nowości przygotowanych na planowane długogrające wydawnictwo. Najpierw może powiem o starych numerach. Szczególnie podobały mi się zagrane pod koniec Birch i Indian Summer. W nieco zmienionych, chyba jeszcze fajniejszych niż w oryginale, wersjach. Dobrze wypadło też A Soul Around zawierające cytaty powieści Pepperpot. A nowe rzeczy? Rewelacyjne! Nie jestem w stanie rzucać tytułami, bo po prostu ich nie znam, ale jest w nich pełno uroku. Cały czas są to ambientowe dźwięki, doprawione skrzypcami. Najważniejszą zmianą jest wokal. Tego wcześniej nie było. Artysta zaczął śpiewać i muszę przyznać, że radzi sobie nieźle. Zresztą pozwoliłem sobie nagrać jeden z tych utworów. Sprawdźcie sami:

Najlepsze jednak przed nami. Totalnie zmiótł mnie z powierzchni ziemi numer zatytułowany Difference Except, wykonany w duecie Dagą Gregorowicz. Kapitalny muzycznie, jeszcze lepiej zaśpiewany. Magia!
Ma koniec trochę z innej beczki. Zauważyłem, że Wojtek sprawia wrażenie bardziej wyluzowanego. Garnitur zamienił na koszulkę Toola, na scenie pozwala sobie na trochę więcej ruchu, a żartobliwe wykonania Przybieżeli do Betlejem przed bisem spowodowało, że na twarzach wszystkich widzów pojawił się wielki uśmiech. Brawo!

Podsumowanie: Grabek zagrał grubo ponad godzinę, a ten czas minął mi jakby to było góra 10 minut. Żaden inny polski artysta nie potrafi stworzyć podczas koncertu takiego klimatu. Mimo braku wizuali, muzyka obroniła się na piątkę. Cudo.

sobota, 12 grudnia 2009

1500m2 do wynajęcia

Miałem prosty plan na piątkowy wieczór. Posiedzieć spokojnie w domu i obejrzeć trochę mordobicia w telewizji. Jednak zadzwonił telefon i usłyszałem mniej więcej takie słowa: "dawaj idziemy do 1500m2, zobaczymy wreszcie ten klub". Bez namysłu powiedziałem "ok". Okazało się, że to był dobry wybór. Gdybym został w domu pewnie tylko bym się wkurwił po 44 sekundowej walce, a tak wreszcie nadarzyła się okazja do sprawdzenia powiślańskiego klubu.
Lokal znajduje się u zbiegu Solca i Ludnej. O ile mnie pamięć nie myli jeszcze jakiś czas temu w tym budynku mieściły się zakłady kartograficzne czy coś podobnego. Jak ktoś uważnie czytuje tego bloga to wie, iż dla mnie jest to wymarzona miejscówka. 1500m2 jest oddalone o jakieś 100 metrów od mojego bloku. Już bliżej chyba się nie da ;)
Na miejscu byliśmy około 21. Nasze pierwsze spotkanie z klubem zaczęliśmy od zwiedzania. Dosłownie.
Przeszliśmy przez bramę, podwóreczko i stanęliśmy w pierwszym pomieszczeniu, z którego droga była prosta. W prawo albo w lewo. Ruszyliśmy w prawo. Najpierw duża sala ze sceną i barem. Już nam się podobało. Wnętrze underowe, klimatyczne. Dalej trafiliśmy do kilku mniejszych pomieszczeń z krzesełkami i stolikami. Do tego momentu nazwałbym 1500m2 nową, dużą Jadłodajnią. Po dokładnym wybadaniu prawej strony wróciliśmy do punktu wyjścia i ruszyliśmy w lewo. Najpierw szatnia. Widzieliście teledysk Pjusa do kawałka Nie mówię szeptem? Właśnie tam został nakręcony jego fragment.

Później pojawił się dylemat, bo doszliśmy do rozwidlenia. Po prawej wystawa zdjęć. Przed nami wielka sala, na której stały jakieś trybuny. Po lewej znaleźliśmy najciekawsze miejsce w całym klubie. Podłużne ciemne pomieszczenie, można było z niego trafić do małych salek, w których wyświetlano filmy. Niesamowity klimat. Zgodnie stwierdziliśmy, że ostatnie, oświetlone na czerwono pomieszczenie idealnie pasuje do ambientu. Ale tego ambientu nam zabrakło. Nigdzie, poza salą z barem i sceną, nie było muzyki. Błąd. Ten klub ma na tyle dużo zakamarków, że wszędzie mogłaby lecieć różna muzyka. Szkoda, że tak nie jest...
Przez kilka pierwszych minut po zwiedzaniu nasze rozmowy dotyczyły tylko i wyłącznie 1500m2 i wyglądały tak: "o kurwa, ale zajebiście", "jaram się tą miejscówką", "będziemy tu wpadać częściej", "mistrzostwo świata".
Nie ma jednak róży bez kolców. Znaleźliśmy też dwa dość duże minusy. Po pierwsze cena piwa oraz jego smak. 9 zł za szczocha, który nawet kolorem piwska nie przypominał. Znaczne przegięcie! Po drugie akustyka. Niestety fatalna, ja tam prawie nic nie słyszałem, nie rozumiałem.
Ogólne wrażenie - bardzo pozytywne. Normalnie klub jak z jakiegoś filmu wyrwany, nijak nie pasujący do tego co do tej pory w Warszawie widziałem. Super ;)

piątek, 11 grudnia 2009

Air - Arena Ursynów 10.12.09

Nie śmiem nazywać się znawcą Air. Do wczoraj nie mogłem też powiedzieć, że jestem ich fanem. Na koncert trafiłem przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności, gdyby nie choroba Moniki z Sunday at Devil Dirt pewnie bym wcale tam nie poszedł.
Lokalizacja: Arena Ursynów. Zadupie strasznie, hala stoi przy samym lesie kabackim. Wnętrze wygląda przyzwoicie, w końcu to stosunkowo nowy obiekt. Sala, w której odbywał się koncert wyglądała porządnie i sprawiała wrażenie naprawdę sporej.
Frekwencja: Średnia. Pustek nie było, ale bez przepychania udało mi się stanąć dość blisko sceny.

Koncert nr 1 - We Fell to Earth
W środę (9.12) wieczorem dowiedziałem się, że będzie mi dane zobaczyć Air. Od razu postanowiłem sprawdzić support. Skład We Fell to Earth jest imponujący. Z jednej strony Richard File, było członek UNKLE, z drugiej Wendy Rae Fowler, która współpracowała z takimi artystami jak Mark Lanegan czy Eagles of Death Metal. Z płyty bardzo mi się spodobali.
Ich koncert zaczął się bardzo punktualnie, bo na scenie pojawili się równo o 20. Zagrali 6 utworów i po 30 minutach zeszli. Ale co ty były za utwory! Oczarowali mnie od pierwszych dźwięków i trzymali w napięciu do samego końca. W ich muzyce jest bardzo dużo przestrzeni, tripowego, hipnotyzującego klimatu. Okazało się, że Richard na żywo wypada świetnie, Wendy czarowała swoim głosem i grała na basie, a za bębnami zasiadł Mike Kelly. Jego perkusja naszpikowana elektroniką perkusja zabrzmiała wybornie. Po koncercie stanęliśmy ze znajomymi i nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Zastanawialiśmy się tylko czy Air będą w stanie przeskoczyć tak wysoko postawioną poprzeczkę.
Kupiłem płytę We Fell to Earth i jestem zachwycony. Jaram się nią niesamowicie ;)

Koncert nr 2 - Air

Jak już napisałem nie jestem znawcą Air, acz oczekiwałem dobrego koncertu. Po kilku pierwszych kawałkach miałem wrażenie, że najlepsze muzyczne doznania mam już za sobą. Do the Joy i Love z ostatniego krążka Francuzów wypadły nijako. Zacząłem powątpiewać i zerkać na zegarek. Jednak panowie rozkręcali się z utworu na utwór. Dla mnie ten gig zaczął się na dobre po mniej więcej 30 minutach. Muzyka stawała się coraz ciekawsza, coraz bardziej klimatyczna. Apogeum zajebistości było rewelacyjne Kelly Watch the Stars z Moon Safari, w którym muzyka idealnie połączyła się z grą świateł. Niestety tym kawałkiem skończyli zasadniczą część setu. Bisy zaczęli od przeciętnego Heaven's Light z Love 2. Później wrócili do swojej najlepszej płyty i zaprezentowali najpierw Sexy Boy, a potem La Femme d'Argent. Ten ostatni pozamiatał wszystko - najlepszy moment koncertu!
Można mieć zastrzeżenia do dźwięku, który odbijał się od tylnej ściany sali i denerwował głównie w tych cichych fragmentach, można narzekać na światła, które tak naprawdę tylko w dwóch utworach były dobre, ale w ogólnym rozrachunku koncert wypadł znakomicie.
EDIT: Air zagrali ledwie godzinę i 15 minut - za krótko...

Podsumowanie: Cieszę się, że w ten czwartkowy wieczór trafiłem do Areny Ursynów. Dzięki temu mogłem obcować z przepiękną muzyką w wykonaniu zarówno We Fell to Earth jak i Air. Oceniając już trochę na chłodno, to jednak ci pierwsi zrobili na mnie większe wrażenie, choć nie sposób nie docenić występu Francuzów. Mówiąc krótko: było świetnie :)

środa, 9 grudnia 2009

Sonisphere Festival

Wstałem przed chwilą z łóżka, przystąpiłem do rytualnego sprawdzenia onetu i... własnym oczom nie wierzę. 16 czerwca roku 2010, na warszawskim lotnisku Bemowo odbędzie się Sonisphere Festival. Nazwa festiwalu mi nic nie mówi, ale zespoły, które tam wystapią już mnie przekonują. Właściwie jeden z nich (żeby nie było niedomówień - znam wszystkie ;).
Metallica - Widziałem ich w zeszłym roku, koncert był fajny i w sumie nie mam jakiejś wielkiej potrzeby pójścia na kolejny występ tegoż zespołu. Jednak jakby nie patrzeć - legenda.
Slayer - Nowa płyta mnie nie powaliła, choć zawsze chciałem zobaczyć jak Tom Araya gniewnie wykrzykuje słowa "Auschwitz, the meaning of pain. The way that I want you to die". Nigdy nie było mi po drodze z koncertami Slayera w Polsce. Teraz będzie świetna okazja.
Anthrax - Ten zespół mi zupełnie wisi ;)
Mastodon - O KURWA! Strzał w dziesiątkę. Wczoraj myślałem sobie jaki zespół chciałbym zobaczyć w najbliższym czasie. Wyszło, że Mastodon jest w czołówce. Po tak wspaniałej płycie jaką jest Crack the Skye, kapela z Atlanty stała się z miejsca jednym z najważniejszych przedstawicieli współczesnego metalu. Chociaż wolałbym ich samodzielny koncert np. w Stodole, bo tutaj, znając życie, zagrają w środku dnia przy mocno świecącym słońcu. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
Behemoth - Kolejne wielkie wyróżnienie dla polskiego zespołu. Przy okazji tego festiwalu chętnie posłucham.

Bilety: 198, 400 i 880 zł (VIP). Te pierwsze znośne, reszta - hardkor!

Brakuje tylko Megadeth (HEHE).

Ps. Recenzja Them Crooked Vultures, którą można przeczytać na onecie ssie! Lepiej sprawdzcie moją albo Mike'a.

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Dziwny dzień

W sobotę udało mi się lekko przeziębić więc niedzielę spędziłem w domu. Przez niemal cały dzień poszukiwałem muzyki, na którą mam ochotę. Zupełnie mi to nie wychodziło. Dopiero po 18, podczas audycji Sunday at Devil Dirt coś drgnęło. Rozkręciła się cała karuzela z nową muzyką. Chciałbym więc polecić kilka ciekawszych pozycji z całego natłoku świeżo poznanych dźwięków.
1. The Shadows of Knight

Monika i Mike puścili w audycji utwór The Behemoth. Garażowy rock ze wspaniałymi orientalnymi motywami! Od razu sprawdziłem dwie płyty grupy: Gloria i Back Door Men. Obie wydane w drugiej połowie lat 60. Na mnie większe wrażenie zrobiła ta druga. Zdecydowanie polecam!
2. Marbles

Kolejna rzecz wychwycona podczas Sunday at Devil Dirt. Portugalski stoner. Ciężki, zadziorny, a zarazem przebojowy. Zespół istnieje już prawie 15 lat, ale wydał dopiero jedną EPkę, na której znajdziemy 4 kawałki.
Pora na pierwszą niespodziankę. Materiał można pobrać z sieci zupełnie legalnie.
http://www.mediafire.com/?gk4yiliud4y
3. The New Regime

To już odkrycie własne. Wchodzę sobie na nin.com, patrzę, a tam znów jest jakaś płyta do pobrania za frajer. Tym razem nie chodzi o Nine Inch Nails, ale o solowy projekt ostatniego z perkusistów grupy - Ilana Rubina.
Album Coup może nie zrobił na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, jednak piszę o nim, bo ten 21 letni chłopak ma talent! Sam zagrał na wszystkich instrumentach (bębnach, gitarach, basie, perkusji, klawiszach) i zaśpiewał. Polecam przede wszystkim utwory Time Erase i Tap Dancing in a Minefield. Warto obserować poczynania Ilana, bo czuję, że może on jeszcze nas zaskoczyć.
Aby ściągnąć krążek wystarczy zajrzeć tu, podać swojego maila i zaczekać na wiadomość zwrotną z linkiem do płyty.
4. Hello=Fire

Na informacje o tym projekcie trafiłem już ze 2 tygodnie temu, ale dopiero teraz nadarzyła się okazja do napisania o nim kilku słów. Otóż Hello=Fire to... Dean Fertita. Ten sam, który gra z The Dead Weather i QOTSA. Tutaj raczy nas swoim solowym albumem utrzymanym w klimacie psychodelicznego popu. Nie porywa tak jak macierzyste kapele, acz słucha się tego bardzo przyjemnie.
5. Error

Tutaj sytuacja jest ciekawa. Słuchałem kiedyś jednej z części składanki Punk-o-Rama, wydawanej co roku przez Epitaph. Znajdował się na niej utwór Error zatytułowany Burn in Hell. Utrzymany w electro-punkowej stylistyce kawałek, zwalił mnie z nóg. I tak od lat 5 szukałem cholernej EPki tegoż zespołu. Google skutecznie utrudniało znalezienie czegoś, co nazywa się Error, a w sklepie ze świecą można szukać takich wydawnictw. Wczoraj jednak, Mike podesłał mi link do pewnego bloga, przeglądam i jest! Już nie robi takiego wrażenia jak kilka lat temu, ale czuję olbrzymią satysfakcję, że wreszcie posłuchałem materiału tej supergrupy. Tak jest, supergrupy. W skład kapeli wchodzą Atticus Ross - współpracownik Trenta Reznora, Brett Gurewitz - gitarzysta punkowego Bad Religion oraz Greg Puciato - wokalista The Dillinger Escape Plan. Ciekawa mieszanka.
Adresu bloga nie zdradzę. Niech zostanie on moją tajemnicą ;)
6. Nine Inch Nails

Żadna to nowość, zespół już od kilku miesięcy nie istnieje, ale w sieci pojawiło się coś ciekawego. Bootleg zawierający wszystkie zagrane podczas pożegnalnej trasy utwory. Jest ich 90 (sic!), autor wybrał tylko te w najlepszej jakości. Niektóre numery się powtarzają, ale ich ilość cały czas robi wrażenie. Która kapela gra tyle różnych kompozycji podczas jednego tournée? Ponad 7 godzin przyjemności! Prawdziwa gratka dla fanów.
Bootleg do pobrania stąd.

Dziwny to był dzień. Dawno nie odkryłem tylu ciekawych rzeczy w ciągu zaledwie kilku godzin. Teraz idę przeszukiwać najgłębsze zakamarki wspomnianego bloga, aby raczyć was, drodzy czytelnicy, kolejnymi porcjami ciekawych dźwięków :)

czwartek, 3 grudnia 2009

Historia pewnej płyty...

Mniej więcej 12 miesięcy temu kupiłem sobie kilka krążków. Przy nowych nabytkach zazwyczaj działam wg następującego planu. Siadam wygodnie, zrywam folię, przeglądam książeczkę, a dopiero później przystępuje do premierowego odsłuchu... Tak też zrobiłem z większością. Przy jednej z płyt moje obcowanie z nią skończyło się na trzecim kroku. Wylądowała w tajnej szufladzie wypełnionej szczelnie całym moim dobytkiem tj. albumami, słuchawkami, odtwarzaczami mp3. Na jakiś czas zapomniałem o niej. Często zdarzało się, że zaglądałem do owej szuflady w poszukiwaniu czegoś ciekawego, czegoś na co mam ochotę w danej chwili. Dziwnym trafem zawsze wybierałem coś innego. Albo jeszcze lepiej. Miałem już TĘ płytę w rękach lecz COŚ zmuszało mnie do zmiany decyzji. Wewnętrzny głos mówił mi: "Nie! Weź drugi album tego artysty.". Słuchałem tych podpowiedzi. Nie miałem wyboru. Co jakiś czas trafiałem w necie na pochlebne opinie o moim nieodsłuchanym nabytku, ze wszystkich stron docierały do mnie pozytywne recenzje tegoż materiału. Nawet od ludzi w żaden sposób nie związanych z gatunkiem reprezentowanym przez wykonawcę. Bywały momenty, w których byłem bliski wciśnięcia play w wieży, ale tego nie zrobiłem...
Zwrot nastąpił przedwczoraj w nocy. Mam pewien nawyk, bardzo fajny. Zawsze do snu włączam sobie jakąś muzykę, bez przyjemnych dźwięków płynących z głośników po prostu nie mogę wpaść w objęcia Morfeusza. Owej nocy sytuacja wyglądała analogicznie. Puściłem sobie moją ukochaną 27 Eldoki. Powoli zacząłem odpływać, gdy poczułem dziwne ukłucie i usłyszałem wewnętrzny głos: "wstań, odpal TEN album". Zerwałem się, po omacku dopadłem do mojej szuflady. Zapaliłem małą lampkę, wyszukałem interesującego mnie pudełka, zapakowałem krążek do wieży. Wróciłem do łóżka i wcisnąłem na pilocie play. Po przesłuchaniu kilka kawałków zasnąłem...
Rano pamiętałem jednak, że muzyka zrobiła na mnie spore wrażenie. W skupieniu przystąpiłem do czwartego kroku postępowania z nowymi płytami. Po przeszło 70 minutach zacząłem się zastanawiać. Bardziej nad swoim zachowaniem niż zawartością krążka. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie czemu przez tyle czasu, okrągły rok, nie chciałem poświęcić godzinki z małym okładem na obcowanie z tym albumem.
Teraz sytuacja się zmieniła. Dwa dni mi wystarczyły, żeby przesłuchać go kilkakrotnie. Jestem zachwycony zarówno jego warstwą muzyczną jak i liryczną.
Co to za płyta? Eldo - Człowiek, który chciał ukraść alfabet. Głębokie, refleksyjne, przemyślane teksty, typowe dla Eldoki w połączeniu z cudownymi chilloutowymi bitami stworzonymi przez Bitnix wprost powaliły mnie na podłogę...
Ps. Z ciekawości zerknąłem jeszcze raz do szuflady, musiałem sprawdzić czy nie ma tam przypadkiem innego albumu, który "zostawiłem na później". Nie ma...

wtorek, 1 grudnia 2009

Pjus - Life After Deaf


Debiutancka solowa płyta warszawskiego rapera, członka 2Cztery7, została nagrana po długiej walce stoczonej z ciężką chorobą. Pjus jest głuchy, słyszy tylko dzięki implantom. Nie dość, że jest ewenementem na skalę światową to jeszcze tworzy muzykę.
W singlowym kawałku Nie mówię szeptem Karol, bo tak ma imię raper, mówi otwarcie:
„Możesz być znużony tekstami na tej płycie lub rzygać już odmianą czasownika słyszeć”. Trudno nie przyznać mu racji. Album jest monotematyczny, ale tego spodziewał się chyba każdy, kto śledzi jego karierę. Choroba z pewnością wywarła olbrzymi wpływ na życie Pjusa.
Life After Deaf to krążek bardzo nierówny. Dobre numery przeplatają się ze słabymi i, niestety, nawet fatalnymi. Zacznę od tych lepszych. Na uwagę zasługuje przede wszystkim Głośniej od bomb. Utwór poświęcony głuchoniemym, którzy walczyli w Powstaniu Warszawskim. Rewelacyjny, recytowany tekst i niebanalny podkład zmuszają słuchacza to pełnego skupienia. Pozytywnie wyróżnia się też Takie buty, opowieść o historii choroby Karola. Przyzwoicie wypadają kawałki z gośćmi, szczególnie Wybieram spokój z Vieniem i Pelsonem (Molesta) oraz Z krwi i kości (2Cztery7) okraszony rewelacyjnym bitem, choć dla mnie te featuringi są lepsze od zwrotek Pjusa. Na drugim biegunie (tym złym) również znajdziemy kilka numerów. Kiepsko wygląda Dinozaur, zupełnie nie podchodzą mi kwadratowe rymy w refrenach, acz bit jest niczego sobie. Do dobrych utworów nie mogę też zaliczyć Scarhead, gdzie Karol zaczyna przeginać w warstwie lirycznej. To nie koniec. Najgorszy na płycie jest Fanatyk. Tekst mnie po prostu zażenował, szczególnie cytat z jakiegoś oiowego kawałka: „czerwone skurwysyny, znowu chcą dojść do władzy, czerwone skurwysyny, nie głosuj nigdy na nich, czerwone skurwysyny, zdrajcy naszego kraju, czerwone skurwysyny, patriotów dziś udają”. Może pora zapisać się do ONRu?
Pjus nigdy nie powalał techniką, daleko mu do Mesa czy Ostrego, jego największą bronią były teksty. Tutaj z tej broni korzysta zaledwie połowicznie. Niektóre z wersów są bardzo trafne, duża część przyzwoita, ale zdarzają się i liryczne koszmarki (wspomniany refren Dinozaura czy Scarhead). Ciekawym pomysłem jest wykorzystanie wielu cytatów z ostatniwgo krążka 2Cztery7.
Nie jest to płyta wybitna. Przesłuchać trzeba, a jarać się niekoniecznie.

A w sobotni wieczór pójdziemy do...



Wszelkie komentarze są zbędne :D

niedziela, 29 listopada 2009

The Vinyl Stitches - Obiekt Znaleziony 28.11.09

Bez zbędnego pieprzenia we wstępie. Był to koncert warszawskiego zespołu The Phantoms i brytyjskiego The Vinyl Stitches.
Lokalizacja: Obiekt Znaleziony to klub w piwnicach Zachęty, duży, surowy, pełen zakamarków, ale raczej nie kojarzył mi się do wczoraj z koncertami. I chyba cały czas nie będzie się kojarzył, bo są w stolicy lepsze miejsca na tego typu imprezy.

Koncert nr 1 - The Phantoms

To było już moje czwarte spotkanie z tym zespołem. Zupełnie inne niż wszystkie wcześniejsze! Bo tym razem muzycy wystąpili z gościem, Szymonem Małeckim z Rotofobii. Kapitalnie zagrał na klawiszach w Brother Jay, kawałku którego raczej nie lubię. No i byłoby git, gdyby nie to, że były one cholernie głośne, przez co zagłuszały całą resztę. Później Szymon złapał za bas. Byłem ciekawy od pierwszego koncertu Phantomsów tego, jak zabrzmią z tym intrumentem. Teraz już wiem. Wypadają gorzej. Szymon grał całkiem fajnie, ale dźwięki basu cholernie zamuliły muzykę. Eksperyment ciekawy i niewątpliwie potrzebny, choć, moim zdaniem, nieudany. A co zagrali panowie? Same szlagiery :) Crazy Like a Wasp, Kowalski czy Brand New Tattoo. Dla mnie tym razem najlepiej wypadł długi, psychodeliczny, rozimprowizowany Phantom - po prostu mistrz! Równie dobrze zabrzmiał cover oldschoolowego surfowego kawałka Surfin Bird. Co by nie mówić, to był kolejny bardzo udany koncert zespołu.
Ps. Przez długi czas nie mogłem się przyzwyczaić do nagłośnienia, gdyż dźwięki płynęły zza moich pleców.
Edit: Za plecami muzyków wyświetlany był rewelacyjny film, nakręcony podczas wieczornych spacerów po Warszawie. Świetnie się zgrał z muzyką.

Koncert nr 2 - The Vinyl Stitches

Po dobrym koncercie The Phantoms mogło się wydawać, że ciężko będzie ich przebić. The Vinyl Stitches ta sztuka się udała. Wiedziałem to już od pierwszych dźwięków. Zaatakowali potężną dawką wysokogatunkowego garażowego rocka. Doszczętnie mnie zniszczyli. Było bardzo energetycznie, przebojowo i seksownie. To ostatnie dlatego, że w The Vinyl Stitches na perkusji gra dziewczyna występująca jako Sam-Bam. Grała super, ale przede wszystkim świetnie się przy tym ruszała. Gapiłem się na nią jak głupi, kiedy tylko mogłem(czytaj: gdy nikt mi jej nie zasłaniał). Ostatni raz miałem coś takiego na koncercie Eagles of Death Metal w Stodole w 2005 roku :)
Występ The Vinyl Stitches był tak dobry, że zaraz po nim poleciałem kupić winyl z ich EPką/singlem. Wydałem resztkę swoich pieniędzy, delikatnie się zapożyczyłem, ale nie żałuję. Materiał trwa niecałe 10 minut. Wystarczyło aby powalić mnie na kolana. Cudo!
Jeden z najlepszych koncertów w tym roku, to jest rock'n'roll! (ostatnio mam szczęście do dobrych występów :)

Wena mnie coś opuszcza, dlatego tekst jest taki krótki ;)