wtorek, 10 listopada 2009

Fuck Patience, Let's Dance


Takie słowa widnieją na Twitterze Them Crooked Vultures. Postanowiłem zapiracić troszkę i udostępnić album do ściągnięcia.
Przed wami Them Crooked Vultures - Them Crooked Vultures!
Edit:
Jeden link i lepsza jakość:
http://www.mediafire.com/?ymmxw3wt27b
http://rapidshare.com/files/304771290/saocomoabutresaespera2009.rar

Them Crooked Vultures (pt 7)

Kurwa!!! Jest cała płyta! Zespół udostępnił krążek do odsłuchania na swoim kanale na YouTube!
No One Loves Me & Neither Do I

Mind Eraser, No Chaser

New Fang

Dead End Friends

Elephants

Scumbag Blues

Bandoliers

Reptiles

Interlude With Ludes

Warsaw Or The First Breath You Take After You Give Up

Caligulove

Gunman

Spinning In Daffodils

poniedziałek, 9 listopada 2009

Them Crooked Vultures (pt 6)

Dla niecierpliwych!
Polecam zajrzeć tu.

Sweethead - Sweethead

Debiutanckie wydawnictwo Sweethead jest już trzecią, choć jeszcze nie ostatnią w tym roku płytą, któregoś z obecnych lub byłych członków Queens of the Stone Age. W tym przypadku głównym bohaterem jest wieloletni gitarzysta Kłinsów Troy van Leeuwen. Pozostałymi członkami grupy są debiutująca wokalistka Serrina Sims oraz Norm Block i Eddie Nappi kojarzeni z Mark Lanegan Band.
Co dostajemy od tegoż zespołu? 12 rockowych piosenek.
Dobrych? Różnie.
Zaczyna się w miarę ok. Otwierający krążek "The Sting" trzyma przyzwoity poziom. Mocno zdziwiłem się, gdy pierwszy raz usłyszałem "Turned Our Backs". Perkusja na początku tego kawałka jest żywcem zerżnięta z Nine Inch Nails, dokładniej mówiąc z "Wish". Tylko czekałem aż pojawi się Reznor ze swoim "This is the first day of my last days". Utwór bardzo przeciętny. Później jest niestety gorzej. Kolejne piosenki są zupełnie nijakie. Nadają się do słuchania w tle, raczej nie można się nimi zachwycać. Trochę tu za dużo skojarzeń z tegorocznym albumem Spinnerette. Maniera wokalna Serriny bardzo przypomina Brody Dalle. W drugiej połowie płyty sytuacja się zmienia. Już "Remote Control Boys" pokazuje, że Sweethead ma coś do powiedzenia. Jednak najważniejsze są trzy inne kawałki. Spokojne, acz kapitalne "Meet in the Road". Tym już się mogę zachwycać. Dalej jest niesamowicie udany singiel "The Great Disruptors" (znany z wcześniejszej EPki zespołu). Bardzo przebojowy, wpadający w ucho.

Trzecim z wyróżniających się utworów jest zamykający wydawnictwo "The Last Evening", dość zróżnicowany, przyjemnie pokombinowany i trudniejszy w odbiorze niż reszta albumu.
Teraz czas na wyróżnienia indywidualne. Zwycięzcą zostaje...

Troy van Leeuwen. Krótkie uzasadnienie: Troy jako jedyny z całego zespołu wypada świetnie od samego początku do końca. Jego pomysły niszczą, jego gra na gitarze jeszcze bardziej. Wspaniale pokazał swój kunszt i w dalszym ciągu będzie moim ulubionym członkiem QOTSA (oczywiście zaraz po Joshu ;).
Nie można powiedzieć, że debiut Sweethead to płyta zła. Niestety nie można również powiedzieć, że dobra. Jest bardzo przeciętna, choć pojawiają się momenty. Myślę, że jeżeli pójdą w tę lepszą stronę kolejny album może okazać się naprawdę ciekawy. Póki co będę zasłuchiwał się w tych 3 wspaniałych utworach, o których wspomniałem wcześniej.
Jeszcze jedno. Z oficjalnej strony zespołu można bezpłatnie pobrać bonusową piosenkę - "Tired of Waiting for You". Jest tylko małe 'ale'. Jej jakość - 96 kbps. Wolne żarty. Ja się czuję tym obrażony!

niedziela, 8 listopada 2009

Fisz Emade - Nowy Wspaniały Świat 7.11.2009

Otwarcie nowego lokalu, w miejscu po nieistniejącej już legendarnej kawiarni Nowy Świat, było pretekstem do zaproponowania Warszawiakom (i nie tylko) całego weekendu atrakcji. Jedną z nich był koncert braci Waglewskich.
Zanim przejdę do samego występu, opowiem troszkę o otoczce. Według plakatu, start był przewidziany na godzinę 20. Przybyłem kilka minut po 19 i... prawie do 21 sterczałem w kolejce. No po prostu masakra. Po wejściu do środka poczułem się dziwnie. Raczej nie zdarza mi się odwiedzać takich ociekających lansem miejsc, a tutaj wydawało mi się, że jestem z jakiejś innej bajki ;) Zresztą nie tylko ja miałem takie odczucia. Bo dla fana tej budy z ul. Dobrej, która ostatnio spłonęła, wejście do Nowego Wspaniałego Światu było niczym wyprawa na elegancki bal dla Kopciuszka.
Wracając do wątku głównego, czyli muzyki. Koncert rozpoczął się tuż po 22, do tego czasu zgromadzonym gościom czas umilał DJ Eprom, a także sam Fisz. Przyznam szczerze, że dźwięki wydobywające się z głośników były wręcz wyborne. Wyborne było też piwo. I nie drogie, bo Grolsch kosztował 9 złociszy, zaś Leszek zaledwie 7. Jak na taką lokalizację można powiedzieć, że to tanio.
Jak już wspomniałem, występ braci Waglewskich rozpoczął się kilka minut po 22. Zająłem sobie idealne miejsce tuż przed Fiszem. Kiedy pojawili się na scenie, nagle zrobiło się strasznie tłoczno i duszno. Rozpoczęli tak jak ostatnią płytę, od utworu "Iron Maiden". Fisz za mikrofonem, Emade odpowiadał za bębny i automat perkusyjny, a towarzyszył im DJ Eprom. Cóż ja tu będę pisał, uwielbiam ten kawałek, za każdym razem kiedy słyszę fragment "na gitarach swoje solo będzie grał pan, który się nazywa Jeff Hanneman" uśmiecham się głupio sam do siebie i mam ochotę na Slayera ;) Później na scenie pojawili się jeszcze trzej muzycy, gitarzysta, basista i klawiszowiec, którzy towarzyszyli Waglewskim do samego końca koncertu. To z pewnością wielki plus. Muzyka zagrana na żywo jest dla fanów czymś ciekawszym niż puszczenie jej z płyty. Panowie dalej polecieli utworami z Heavi Metal, zagrali ponad połowę tgo albumu, m. in. piosenki "Szef Kuchni", "Wiosna 86" czy "Pani Bum Bum". Ta ostatnia w zmienionej nieco wersji, mianowicie bez refrenu. Poza tym usłyszeliśmy sporo starszych kawałków, a wśród nich "Narkotyk", "Jesteście gotowi?", a także chyba największy hit Fisza - "30 cm". Zagrali też "Język wszechświata", jednak jak dla mnie ciekawiej wypada sam jego refren w "Inspiracjach" z ostatniego albumu Molesty.

Zagrali półtorej godziny. Na koniec zaserwowali nam "666", rozciągnięte o przedstawienie zespołu i indywidualne popisy wszystkich muzyków. Dwa z nich były rewelacyjne. Najpierw, kiedy swoje umiejętności zaprezentował DJ Eprom zbierałem szczękę z podłogi, a chwilę później po solówce perkusyjnej w wykonaniu Emade nie wiedziałem jak się nazywam. Słyszałem wcześniej, że młodszy z braci Waglewskich jest dobrym pałkerem, ale nie przypuszczałem, że aż do tego stopnia mnie zniszczy. Dużym atutem było też nagłośnienie bębnów, szczególnie stopy. Perkusja brzmiała fantastycznie!
Koncert zdecydowanie na plus, acz bez fajerwerków (poza Emade). Szkoda, że nie było prawie żadnej oprawy wizualnej. Jednak suma sumarum warto było odwiedzić Nowy Wspaniały Świat (już drugi raz, bo wcześniej wpadłem tam przed oficjalnym otwarciem, na początku września) i wystać kilka godzin. Było git :)

piątek, 6 listopada 2009

Pomoc dla Jadłodajni

To nie może być koniec Jadło. Nie wyobrażam sobie Warszawy bez tego klubu.
Każdy może dać coś od siebie. Albo to pomóc na miejscu, gdzie z pewnością przyda się każda para rąk (codziennie od 12), albo finansowo. Pieniądze można przesłać na konto bankowe:
81 1940 1076 4869 9893 0000 0000
Marcin Majewski. Z dopiskiem "Dla Jadłodajni".
Jeśli do przelewu potrzebny jest adres to informacje na ten temat można uzyskać pod numerem telefonu 79055114.
Trzeba działać, to nie może się tak skończyć!

Akcent humorystyczny:
Wszystko poszło z dymem, ale moja wlepka w kiblu przetrwała. Oto dowód (należy kliknąć na zdjęcie w celu powiększenia go ;):

Zdjęcie ze strony http://www.generationstrange.com/.

czwartek, 5 listopada 2009

Apokalipsa

Koniec świata, tragedia, masakra. Mój ukochany klub spłonął. Ostatnio bardzo na Jadłodajnię Filozoficzną psioczyłem, ale spędziłem w tym miejscu tyle wspaniałych chwil, że nie wyobrażam sobie co teraz będzie. Koniec z weekendowymi imprezami, koniec z czwartkowymi koncertami, koniec ze wszystkim :(

poniedziałek, 2 listopada 2009

Them Crooked Vultures (pt 5)

W sieci pojawiły się kolejne oficjalne wycieki z nadchodzącego krążka TCV. Robi się coraz ciekawiej :)
Gunman

Mind Eraser, No Chaser

niedziela, 1 listopada 2009

Muzyczna śmierć

Wszystkich Świętych. Dziś internetem zawładnęły wspomnienia o zmarłych w ciągu ostatnich 12 miesięcy politykach, pisarzach, aktorach czy muzykach. Też chciałem coś napisać na ten temat, ale pomyślałem, że jest to zbyt oklepane i zrobię co innego. Śmierć nie musi być równoznaczna z odejściem z tego świata, zwłaszcza w wymienionych przeze mnie dziedzinach. Co mam na myśli? W swoim tekście oczywiście skupię się na muzyce. Otóż mało który muzyk jest geniuszem, wszystkim, bądź prawie wszystkim, zdarzają się jakieś wpadki. Wypadek przy pracy jest do wybaczenia, ale są też twórcy, którzy od jakiegoś czasu zmierzali w złą stronę. Aż wreszcie dopięli swego i sięgnęli samego dna. Wybrałem sobie trzy takie najbardziej spektakularne upadki tego roku. Dla mnie wszyscy z nich swoim ostatnim album popełnili muzyczne samobójstwo. O ile zwykle mam w zwyczaju wierzyć w ludzi, to tutaj mamy do czynienia z przypadkami na tyle skrajnymi, że po prostu nie jestem już w stanie im zaufać.
1. Chris Cornell i jego album Scream
Ciężka to historia. Po rozpadzie Soundgarden Cornell konsekwentnie zjeżdżał po równi pochyłej. Jakieś przebłyski przytrafiły mu się tylko na płytach Audioslave, jednak cały czas muzyce daleko było do poziomu macierzystej formacji Chrisa. O płytach solowych nawet nie wspomnę. Genialny głos to nie wszystko, bez ciekawych dźwięków nie można nagrać dobrego krążka. I Krzysiek postanowił COŚ zmienić. Co? Do współpracy zaprosił modnego producenta współczesnego popu, czyli Timbalanda. Sytuacja sama w sobie jest dziwna. Facet po czterdziestce, wręcz ikona rocka lat 90, postanawia poeksperymentować. Ok, eksperymenty są dobre, pod warunkiem, że choć trochę się nad nimi panuje. W tym przypadku wszystko uciekło spod jakiejkolwiek kontroli i panowie wydali płytę tak okropną, że ciężko opisać ją słowami. Wystarczy zobaczyć teledysk promujący ten album.

Cóż, Krzychu włożył pistolet do ust i nacisnął na spust. BANG! Popełnił najbardziej spektakularne samobójstwo muzyczne w tym roku.
2. Nick Oliveri wraz z albumem Death Acoustic
Dwie recenzję płyty są niżej na blogu więc nie będę się już nad nim pastwił. Napiszę tylko, że gość odchodzi w zapomnieniu. Parafrazując słowa Trenta Reznora:
Nick is dead and no one cares.
3. Placebo - Battle for the Sun
W tym przypadku jest trochę tak jak u Cornella. Placebo nagrywało dobre płyty 10 lat temu, a potem coś się zacięło. Sleeping with Ghosts było ok, na Meds dobre kawałki można policzyć na palcach jednej ręki, a tegoroczny album jest tym czego w sumie można było się spodziewać.
Battle for the sun, sun, sun... Bleee, rzygać się chce...

W tym kawałku słowa, powtarzane kilkakrotnie przez Briana Molko są niemiłosiernie wkurwiające. Niestety reszta płyty trzyma podobny, niski poziom.

Aha, wspomnę jeszcze o jednej śmierci, szczególnie dla mnie przykrej. W tym roku swoją działalność zakończył zespół Nine Inch Nails. Tutaj sytuacja jest diametralnie inna. Trent Reznor pożegnał się ze swoimi fanami najlepiej jak się tylko dało. Najpierw wydał dwie darmowe i co najważniejsze dobre płyty, a potem zagrał długą trasę po całym świecie, zahaczając wreszcie o Polskę (od relacji z tego koncertu zaczęła się historia mojego bloga). Będzie mi bardzo brakowało NIN...

No i tak sobie cały dzień myślałem czy przez ostatnie 12 miesięcy wydarzyło się coś równie złego jak te trzy płyty, ale nic więcej nie przyszło mi do głowy. Może macie jakieś sugestie?

poniedziałek, 26 października 2009

Them Crooked Vultures (pt 4)

Dziś swoją oficjalną premierę miał pierwszy singiel z debiutanckiego albumu supergrupy Them Crooked Vultures!

Dla mnie rewelacja, ale wobec takich nazwisk jak Josh Homme, Dave Grohl i John Paul Jones nie jestem obiektywny :) Teraz pozostaje już tylko czekać na 17 listopada i premierę płyty.
EDIT: A jednak nie! Polska premiera płyty TCV zaplanowana jest na 16 listopada (teoretycznie, jak wiadomo u nas bywa różnie), jeszcze wcześniej, bo już 13.11 album będzie można kupić m. in. w Niemczech. Jaki z tego wniosek? Jeszcze tylko 3 tygodnie :)

A tutaj możecie posłuchać New Fang w lepszej jakości.